O współautorstwie człowieka i sztucznej inteligencji — felieton psychologa
Zdarza mi się, siadając do pracy z algorytmem – nad tekstem, ilustracją – poczuć coś, co jako psycholog rozpoznaję bez trudu: lekki niepokój, cień wstydu. Jakbym oszukiwał. Siebie, czytelnika, samą ideę tego, czym jest tworzenie. Minęło trochę czasu, zanim zrozumiałem, że to poczucie bierze się z bardzo konkretnego, i moim zdaniem błędnego, wyobrażenia o tym, czym w ogóle jest akt twórczy. A skoro od lat zawodowo zajmuję się tym, jak rozwija się i broni swojej spójności ludzkie „Ja”, trudno mi przejść obok tego pytania obojętnie.
Dość powszechny jest romantyczny obraz twórcy natchnionego, pracującego w odosobnieniu, czerpiącego z niepowtarzalnego, własnego źródła. Obraz wyidealizowany, który nigdy nie był w pełni prawdziwy. Kompozytor tworzy w dialogu z tradycją, którą wchłonął latami słuchania i do której sięga tworząc własne dzieła. Pisarz nosi w sobie setki przeczytanych zdań, według których kształtuje swoje własne. Nawet w gabinecie terapeutycznym – miejscu z pozoru najbardziej „intymnym” – rozumienie siebie rodzi się w relacji, nie w izolacji. Zatem twórczość zawsze była i jest procesem relacyjnym. Rozmową ze źródłem zewnętrznym wobec jednostkowego umysłu.
AI nie wprowadza więc nowej kategorii zjawiska. Zmienia tempo, skalę i charakter tego dialogu. Jako partner odpowiada w sekundę, zastępując godziny żmudnego poszukiwania i korzystania ze źródeł. Na dodatek nie ma własnych ograniczeń poznawczych ani ego, skłaniającego do obrony własnej wersji. To po prostu skoncentrowana, interaktywna baza wiedzy.
Z zawodowej ciekawości obserwuję własną pracę z AI, trochę jak eksperyment kontrolowany mający na celu sprawdzenie, co pozostaje z twórczości, gdy odjąć samo generowanie treści?
Po pierwsze zostaje przede wszystkim intencja – to, po co w ogóle sięgam po dany temat, jaki problem chcę rozwiązać, komu ma służyć efekt. Maszyna nie ma motywacji działania; to ja decyduję, że coś w ogóle warto stworzyć.
Po drugie zostaje sąd krytyczny i gust – zdolność odróżnienia propozycji trafnej, czy błędnej lub po prostu banalnej. AI potrafi wygenerować dziesiątki wariantów w kilka chwil ale to ja rozpoznaję, który z nich jest najbardziej trafny i przynosi coś istotnego.
Po trzecie zostaje opór – element, który w mojej własnej pracy nad książką o Osobistej Sztucznej Inteligencji (PAI) uznaję za jeden z najważniejszych. Nie chodzi o przyjmowanie tego, co maszyna zaproponuje, lecz o kwestionowanie, przeformułowywanie, czasem odrzucanie jej sugestii w imię precyzji pojęciowej albo intuicji, której model jeszcze nie uchwycił. To w tym tarciu, a nie w samej akceptacji gotowego tekstu, rodzi się coś, co można nazwać autorskim głosem.
Po czwarte wreszcie zostaje odpowiedzialność. To ja podpisuję się pod produktem, bronię tezy publicznie, ponoszę konsekwencje błędu. Maszyna nie ryzykuje niczego.
Prawdziwe zagrożenie nie leży więc w samym korzystaniu z AI, lecz w cichej rezygnacji z tych czterech elementów. Łatwo pozwolić, by intencja rozmyła się w automatycznym „zrób mi coś na ten temat”, by sąd krytyczny ustąpił zmęczeniu i akceptacji pierwszej w miarę sensownej propozycji, by opór zniknął, bo łatwiej jest się zgodzić, niż doprecyzowywać, szukać najlepszych rozwiązań.
Z klinicznego doświadczenia znam ten mechanizm z zupełnie innego kontekstu – z relacji międzyludzkich, w których łatwość kontaktu bywa odwrotnie proporcjonalna do głębi zaangażowania. Przenosząc to na grunt twórczości można zaryzykować tezę, że im mniej wysiłku kosztuje uzyskanie odpowiedzi, tym większa pokusa, by przestać pytać samego siebie, czy to jest to, co naprawdę chciałem powiedzieć.
Sądzę, że najbliższe lata pokażą wyraźny podział – nie między ludźmi, którzy „używają AI”, a tymi, którzy „tworzą sami”, lecz między tymi, którzy traktują AI jako substytut własnego namysłu, a tymi, którzy traktują ją jako partnera wymagającego stałego, czynnego udziału. Ci drudzy będą pytać dalej, nawet wówczas kiedy odpowiedź wydaje się już „wystarczająco dobra”. Będą poprawiać ton, kwestionować logikę, wracać do własnych przemyśleń i notatek zamiast polegać wyłącznie na propozycji maszyny.
To właśnie ta postawa – aktywnego, krytycznego, odpowiedzialnego współautorstwa wydaje mi się prawdziwą kompetencją przyszłości. Nie umiejętność pisania promptów, lecz coś znacznie ważniejszego – zdolność posiadania własnego zdania i obrony go, nawet wobec narzędzia, które potrafi odpowiedzieć na wszystko.
Wstyd, o którym wspomniałem na początku, mija, kiedy zdaję sobie sprawę, że to ja decyduję, co zostaje, a co odrzucam. Maszyna proponuje – człowiek wybiera i jest to wciąż twórczość. Przypomina to pracę fotografa – artysty. Z gotowych ujęć wybiera te fragmenty, które uznaje za szczególnie interesujące i wartościowe.