MIGAWKI Z ŻYCIA

W Internecie na Fb napotkałem notatkę na temat poglądów Clinta Estwooda na temat starości. Nie wnikając w rzeczywiste autorstwo, przytaczam, bo to moja nieodległa przyszłość... o ile nastąpi.

Początek: od supernowej do… mnie

Moje  początki to nie inni ludzie, to coś, co nie zna życia, nie zna świadomości, nie zna nawet czasu w takim sensie, w jakim ja go doświadczam. Zaczyna się w rozpadzie gwiazdy — w supernowej, która w ostatnim geście swojej obecności rozsiewa w przestrzeń pierwiastki, z których później powstanie wszystko, co żywe. W tym sensie jestem późnym skutkiem kosmicznego aktu, który nie miał intencji, ale miał konsekwencje.

Między tamtym wybuchem a moim istnieniem rozciąga się długa droga materii, która powoli uczy się organizować, reagować, zapamiętywać, aż w końcu — pytać. Nie ma tu żadnego skoku, żadnego „nagłego pojawienia się człowieka”. Jest ciągłość, w której atomy stają się cząsteczkami, cząsteczki komórkami, a komórki — istotami zdolnymi do tworzenia wewnętrznych światów. Świadomość nie jest więc cudem oderwanym od natury, lecz jej subtelnym przedłużeniem.

Człowiek jest miejscem, w którym wszechświat zaczyna rozumieć samego siebie. Moje ciało nosi ślady gwiezdnych procesów, a moje myśli — ślady ewolucyjnych prób i błędów. W tym sensie jestem jednocześnie bardzo stary i bardzo młody: stary jak pierwiastki, z których jestem zbudowany, młody jak świadomość, która dopiero uczy się zadawać właściwe pytania np. jak to możliwe, że coś tak bezosobowego jak kosmiczny pył stało się zdolne do troski, zachwytu, lęku i nadziei; jak to się stało, że  Wszechświat, który przez miliardy lat był niemy, nagle przemówił.

Opowieść „od supernowej do człowieka, do mnie” jest więc opowieścią o jedności. O tym, że nie jestem wyjątkiem, lecz formą, którą przybrała materia w swoim długim procesie stawania się.

https://www.national-geographic.pl/kosmos/wybuch-supernowej-to-spektakularna-kosmiczna-katastrofa-tak-umieraja-masywne-gwiazdy


Zadziwienia dziecka…

Przyszło mi żyć — jak to się popularnie mówi — w ciekawych czasach. Chińczycy traktują to jako przekleństwo („obyś żył w ciekawych czasach”), ale ja zawsze byłem zafascynowany zmianami, które dokonywały się na moich oczach i wciąż się dokonują.


Nie będzie to opowieść ściśle chronologiczna. Pamięć działa kapryśnie i udostępnia swoje zasoby w sposób, którego nie potrafię przewidzieć.

Pierwsze zdumienie, jakie pamiętam, dotyczy radioodbiornika. Jak to możliwe, że w takim pudełku mieści się cała orkiestra, albo choćby jeden człowiek. Zaglądałem przez szparę z tyłu obudowy i w świetle malutkiej żaróweczki widziałem tajemniczy świat splątanych przewodów i dziwnych konstrukcji, wszystko pokryte kurzem — i ani śladu wykonawców. A przecież grało.

Kiedyś, jadąc z rodzicami tramwajem, zapytałem ojca, co to właściwie jest prąd elektryczny. Ojciec odpowiedział, że to taka woda, którą można nabrać z gniazdka do wiaderka. Matka spojrzała na niego z wyrzutem: „jak można dziecku takie głupoty opowiadać”. Do dziś nie jestem pewien, czy wiem o prądzie dużo więcej niż wtedy.

Matka bywała bardzo konserwatywna. Jako uczeń szkoły podstawowej znalazłem w biblioteczce ojca książkę Wszechświat, życie, człowiek (autora już nie pamiętam). Zafascynowała mnie. Nagle zniknęła. Podsłuchałem, jak matka mówi do ojca: „schowałam ją, bo namiesza dziecku w głowie”. Była głęboko religijna i, jak dziś przypuszczam, obawiała się sprzeczności z tym, czego uczono mnie na lekcjach religii. Dzisiejsza sytuacja w szkołach wydaje mi się dalszym ciągiem tamtej indoktrynacji.

Bardzo religijna była też moja babcia, matka mojej matki. Zabierała mnie na nabożeństwa, na których potwornie się nudziłem. Zapisała mnie nawet do ministrantów, ale nie potrafiłem nauczyć się łacińskich formułek (to były czasy, gdy msze odprawiano po łacinie) i dzwoniłem dzwonkiem w nieodpowiednich momentach. To religijne wychowanie zaowocowało później gorliwą młodzieńczą religijnością, której pozbyłem się dopiero podczas studiów na Katolickim (sic!) Uniwersytecie Lubelskim.

Jedno z najciekawszych doznań percepcyjnych przeżyłem jako małe dziecko nad morzem. Z mojej perspektywy wyglądało tak, jakby morze było wyżej niż plaża. Nie mogłem pojąć, jak to się dzieje, że się nie wylewa. To zdumienie było tak silne, że pamiętam je do dziś — jako jedno z pierwszych spotkań z tajemnicą świata.


Od stalówki do peceta: moja mała historia wynalazków

W jednym życiu mieści się cała epoka — od atramentu w kałamarzu po komputer, który pamięta więcej niż dawniej całe biuro. Ten tekst to krótka wędrówka przez przedmioty, które kiedyś były nowoczesnością, a dziś są już tylko ciepłym wspomnieniem.

Urodziłem się w czasie, gdy większości dzisiejszych urządzeń nie tylko nie było, ale nikt nawet nie próbował ich sobie wyobrażać. Pamiętam duże radio z zielonym okiem. Pierwszą przejażdżkę „garbatym” samochodem — poczciwą „Warszawą”. Na komunię dostałem rower. W mieszkaniu wisiał czarny telefon, z którego matka dzwoniła do ojca do pracy, albo on odbierał jakieś pilne informacje. Jeździłem tramwajami, pociągami, a nawet dorożką, bo babcia, z którą pojechałem do Warszawy, była przekonana, że będzie taniej niż taksówką; okazało się odwrotnie.
W stolicy, stojąc na specjalnej platformie, patrzyłem, jak z ziemi wyrasta przyszły Pałac Kultury i Nauki. W domu wujostwa zainteresowałem się dziwnym kurkiem przy piecu w kuchni — trzeba było potem długo wietrzyć mieszkanie z zapachu gazu.
W szkole pisałem obsadką ze stalówką, którą maczało się w kałamarzu. Ktoś wpadł na pomysł, by na stalówce umieścić cienki drucik w kształcie stożka — pozwalał on zatrzymać więcej atramentu i dłużej pisać. Taki prototyp wiecznego pióra. Pojawiły się też automatyczne ołówki. Jeden z nich dostałem od wuja, który wrócił z delegacji do ówczesnej Czechosłowacji. Był żółty, sześciokątny i miał wysuwany grafit. Kiedy grafit się skończył, ołówek przestał pełnić swoją funkcję, bo wkładów w Polsce jeszcze nie sprzedawano. Potem przyszły długopisy. Nauczyciele przestrzegali, by nimi nie pisać, bo „psują charakter pisma”. Ideałem była kaligrafia, wymagająca specjalnych stalówek.
Szybko postępowała ewolucja materiałów piśmienniczych. Pamiętam ołówki kopiowe, kalki, a potem maszyny do pisania — nawet elektryczne. Jak wszystkie nowości, były trudno dostępne. Jeszcze podczas pisania pracy doktorskiej, po wielu staraniach, udało mi się zdobyć nowiutką maszynę (marki już nie pamiętam). Przepisywałem na niej teksty z brudnopisu, używając kalki, by od razu uzyskać kilka egzemplarzy.
Osobny rozdział to komputeryzacja. Najpierw marzyłem o prostym kalkulatorze do szybkiego liczenia wzorów psychometrycznych — kupiłem go za pieniądze zarobione na pomocy w pisaniu pracy dyplomowej. Pierwszym komputerem był ZX Spectrum z pamięcią RAM 48 KB (tak, kilobajtów). Nośnikiem danych była taśma magnetofonowa. Kiedy moja żona zmagała się z sumowaniem długiej listy liczb, postanowiłem jej pomóc. Opanowałem podstawy języka BASIC i napisałem pierwszy — i zarazem ostatni — program do operacji arytmetycznych. Potem pojawił się poczciwy pecet z „potężnym” monitorem, a później kolejne laptopy. Zmieniały się techniki zapisu danych, pojemności pamięci, powstawały nowe programy: usługowe, rozrywkowe, informacyjne…
Zmiany zachodziły i zachodzą w wielu innych dziedzinach. W czasie mojego życia ogromnie przeobraziły się sposoby tworzenia, zapisywania i odtwarzania dźwięków, obrazów, a szerzej — wszelkiego rodzaju danych. Praktycznie cały technologiczny pejzaż otoczenia uległ przemianie. Ale to przecież dobrze znacie.

Kiedy patrzę na te wszystkie przedmioty — od zielonego oka radia po pierwszy komputer z pamięcią 48 KB — widzę nie tylko technologię, lecz także kolejne etapy własnego życia. Każdy z nich był kiedyś obietnicą przyszłości, małym krokiem w stronę świata, który dopiero się rodził. Dziś wiele z nich wydaje się zabawnych, nieporadnych albo wręcz archaicznych, ale wszystkie niosą w sobie cichy ślad tamtych czasów. I może właśnie dlatego warto je wspominać — bo to w nich zapisany jest nie tylko postęp, lecz także nasza własna droga.

Moja wiara

Wiara w Boga była mi wpajana od dziecka z dużą starannością, głównie przez mamę i babcię. Od najmłodszych lat odmawiałem rano i wieczorem pacierz do Anioła Stróża przed obrazkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Któregoś wieczoru zbuntowałem się — nie pamiętam już powodu złości, wiem tylko, że wyładowałem ją na Matce Boskiej, krzycząc, że jej nie lubię. Mama wzbudziła we mnie poczucie winy, a kiedy skruszony ponownie uklęknąłem do modlitwy i spojrzałem na obrazek, zobaczyłem, że Matka Boska — zawsze dotąd uśmiechnięta — tym razem miała smutny wyraz twarzy. To było moje pierwsze i jedyne „doznanie mistyczne”. Mama oczywiście wykorzystała to, by unaocznić mi, jak ciężko zgrzeszyłem

.
Od wczesnych lat miałem częsty kontakt z kościołem, którego mroczna atmosfera i niezrozumiałe rytuały zwyczajnie mnie nudziły. Gdy poszedłem do szkoły, uczęszczałem najpierw na religię do salki katechetycznej, później katecheza odbywała się już w szkole. Na I Komunię Świętą dostałem rower — niestety, mimo że średniej wielkości, był dla mnie za wysoki. Ojciec wpadł jednak na pomysł obniżenia siodełka, które… przyspawał bezpośrednio do ramy.
Przystąpienie do Komunii wiązało się ze spowiedzią. Pamiętam, że spowiedników najbardziej interesowały grzechy „nieczystości” — i nie chodziło tu o higienę. Religia była wówczas w moim życiu czymś oczywistym, ale nie wywoływała we mnie szczególnych przeżyć.


Dopiero w ostatniej klasie liceum „spłynęła” na mnie łaska wiary. Zacząłem na serio interesować się religią, jej symboliką, znaczeniem dla człowieka, szczególnie w kontekście groźby piekła. Nagroda „nieba” nie wydawała mi się zbyt atrakcyjna. Te uniesienia religijne szybko jednak minęły, gdy poszedłem na studia na Katolickim (sic!) Uniwersytecie Lubelskim. Bardzo szybko zorientowałem się, że znacznie ciekawsze było towarzystwo kolegów, którzy nie przywiązywali wagi do praktyk religijnych — w przeciwieństwie do pobożnych, smętnych postaci. Najbardziej „zabawowi” byli klerycy, którzy z różnych powodów opuścili seminarium. Charakterystyczne było to, że nie chcieli rozmawiać o tamtym okresie życia.


W tym środowisku moja wiara stopniowo gasła. Nie było żadnego dramatycznego przewrotu, żadnego „nieba w płomieniach”. Religia po prostu przestawała mieć znaczenie. Uprzedzając pytania — nie spotkałem się na KUL-u z żadną indoktrynacją. Na uczelni, mimo jej wyznaniowego charakteru, nie wymagano praktykowania, nie oceniano pobożności. Owszem, były wykłady z filozofii chrześcijańskiej, teodycei czy metafizyki, ale traktowano je jak normalne dziedziny nauki, obok historii filozofii, logiki, metodologii i przedmiotów psychologicznych. Studiowałem „Filozofię chrześcijańską ze specjalnością psychologii” i uzyskałem tytuł magistra filozofii chrześcijańskiej.
Psychologia na KUL-u stała na wysokim poziomie dzięki kontaktom kadry z ośrodkami zachodnimi. Studenci innych uczelni zazdrościli nam dostępu do najnowszych testów psychologicznych. Wykładowcy byli zarówno księżmi, jak i osobami świeckimi. Nigdy nie odczułem aby manifestowali swoją religijność.


W życiu dorosłym religia nie miała i nie ma dla mnie większego znaczenia, choć szanowałem i szanuję poglądy innych; szczególnie mojej głęboko religijnej matki, która wymusiła na mnie decyzję o ślubie kościelnym, mimo że wcześniej zawarliśmy ślub cywilny. Zdarza się także, iż w stanie napięcia wykonuję znak krzyża — działa uspokajająco. Odruch warunkowy, wyrobiony przez lata, mocno utrwalił się w moim układzie nerwowym. Nie stałem się też wojującym ateistą. To prawda – nie wierzę w historie opowiadane przez Kościół, ale jednocześnie dopuszczam możliwość istnienia Świadomości Kosmicznej, być może o charakterze osobowym. Ponieważ nie dokonałem aktu apostazji, nadal figuruję w statystykach kościelnych jako wierny, choć jestem faktycznie katolikiem niewierzacym i niepraktykujacym.


A jednak czasem tęsknię do tamtego świata — jasnych reguł, modelu nagrody „za moje dobre zachowanie” i kary „dla złych ludzi”, do nastrojów związanych ze świętami i obrzędami. Katolicyzm wypracował cały system oddziaływania na psychikę wszystkimi kanałami zmysłowymi. Ktoś porównał to kiedyś do technik psychoterapeutycznych: odpowiedni wystrój plastyczny tworzy atmosferę skupienia, muzyka organowa i śpiew działają jak muzykoterapia, kadzidło — jak aromaterapia, a wszystko to stanowi tło dla „słowa bożego” (biblioterapia) i tajemniczych czynności kapłana przy ołtarzu, kiedyś wzmacnianych niezrozumiałą łaciną (są osoby, które do dziś za tym tęsknią).


Mówią, że na starość człowiek wraca na łono Kościoła, szuka Boga w lęku przed karą wieczną. Mnie to nie dotyczy. Boję się nie tyle unicestwienia, ile cierpień fizycznych i psychicznych towarzyszących umieraniu. Pociechą może być hipoteza, że wówczas mózg wydziela tyle naturalnych narkotyków — endorfin — że umieranie staje się całkiem przyjemne, a przynajmniej znośne.

Od „Wiary do zadumy” Grafika skomponowana przez Copilota.

Znać proporcje…

Znalazłem w Internecie takie oto zestawienie:

Populacja Ziemi wynosi około 7,8 miliarda ludzi. Dla większości ludzi to duża liczba.
W 100% ludzi:
11% – jest w Europie
5% – jest w Ameryce Północnej
9% – w Ameryce Południowej
15% – w Afryce
60%- jest w Azji
49% – żyje we wsiach.
51% – W miastach
12% mówi po chińsku
5% po hiszpańsku
5% po angielsku
3% mówi po arabsku
3% w hindi
3% po bengalsku
3% po portugalsku
2% po rosyjsku
2% po japońsku
62% w ich własnym języku
77% ma mieszkania
23% nie ma gdzie mieszkać.
21% ludzi je w nadmiarze
63% może jeść ile chce
15% ludzi jest niedożywionych
Dzienny koszt życia 48% ludzi wynosi mniej niż 2 dolary.
87% ludzi ma czystą wodę pitną
13% albo nie posiada czystej wody pitnej albo ma dostęp do zanieczyszczonego źródła wody.
75% rozmawia na telefonach komórkowych
25% nie.
30% ma dostęp do internetu
70% nie ma dostępu do internetu
7% otrzymało wyższe wykształcenie
93% ludzi nigdy nie chodziło do college’u ani na uniwersytet.
83% umie czytać
17% ludzi jest analfabetami.
33% to chrześcijanie
22% to muzułmanie.
14% to Hindusi
7% to buddyści
12% – inne religie
12% nie ma przekonań religijnych.
26% żyje przez mniej niż 14 lat
66% zmarło w wieku od 15 do 64 lat.
8% osób żyje powyżej 65 roku życia.
Jeśli masz gdzie się zatrzymać, jeść zdrowe jedzenie i pić czystą wodę, masz telefon komórkowy, możesz korzystać z internetu i skończyłeś studia lub uniwersytet, to jesteś w małej uprzywilejowanej grupie. (W kategorii poniżej 7%)
ZE 100% LUDZI ŚWIATA TYLKO 8% MOŻE DOŻYĆ 65 LAT.
Jeśli masz ponad 65 lat, bądź zadowolony i wdzięczny. Chwytaj życie, złap chwilę. Nie opuściłeś tego świata zanim skończyłeś 65 lat, jak 92% ludzi, którzy zmarli z powodu utraty zdrowia. Ciesz się każdą chwilą, która Ci została!

Infografika sporządzona przez Copilota

CZAS PRZYSZŁY NIEDOKONANY (JESZCZE)

Długi, ciasny, niekończący się tunel. Przerażenie. Uczucie uwięzienia. Próby wydostania się. Bezradność… Poród był ciężki… Pozostały lęki, sny o pułapce, koszmary ugrzęźnięcia…
Potem sny o punkcie spadającym na tle bezkresnego błękitu i bezowocne próby zatrzymania jakiejś nieokreślonej katastrofy, zagrożenia… i ten smród strachu, niepowtarzalny z niczym… budzenie się. Znowu ciemność… bezradność.
Pamięć jak szuflada biurka — pełna rzeczy ważnych, mnóstwa drobiazgów, które mogą się przydać, choć rzadko kiedy się znajdują, gdy są potrzebne, właściwie śmieci, ale żal wyrzucić, bo wspomnienia, bo szkoda, bo może lęk przed utratą przeszłości? Pamięć – moja tożsamość, zależy, co się przypomni. Zadowolenie z siebie mąci poczucie bylejakości. Postrzeganie siebie, tak jak postrzeganie świata, zmienne jest. Niby to samo wciąż, ale koloryt inny, nic stałego. Jak tu robić bilans, kiedy wartość faktów zmienna. Takie falowanie, jeżeli spokojne, można wytrzymać, byle nie tsunami – to już dramat, katastrofa, duża fala tez nieprzyjemna – mdłości egzystencjalne?
Takie sobie rozmyślania. Tymczasem czas mija, podobno w tym samym tempie, choć wydaje się, że przyspiesza. Moja babcia tłumaczyła to coraz szybszym wirowaniem Ziemi. Skoro, ludzie spalają tyle drewna i węgla, to Ziemia staje się lżejsza i coraz szybciej się obraca. Minuty, godziny, dni, lata mijają w zastraszającym tempie inaczej, niż w dzieciństwie, kiedy czas wlókł się w nieskończoność. Percepcja czasu to percepcja zmian. W dzieciństwie zmiany następowały powoli, bo bystry umysł dziecka rejestrował maksymalną ilość faktów i chwile stawały się dłuższe. Podobno mucha spostrzega świat rejestrując 250 obrazów na sekundę (człowiek około 60) i dlatego tak trudno ja złapać; dla dzieci wszystko trwa niemiłosiernie długo i dlatego często się nudzą i marudzą. Na starość, umyka wiele rzeczy, świat staje się mniej różnorodny, także i dlatego, że zmysły tracą swoja ostrość; nagle spostrzegamy, że jesteśmy w innym miejscu, w innym czasie, świat się zmienił, mimo, ze nie zmienialiśmy miejsca pobytu. Analogia do leniwie płynącej rzeki, która dramatycznie przyspiesza przed wodospadem, wydaje się bardzo trafną metaforą życia ludzkiego. Wodospad się zbliża nieuchronnie; chwila dramatycznych zmagań i… głębia otchłani, choć bywają szczęśliwcy, którzy łagodnie wpływają do oceanu wieczności.
Próbuję jeszcze sterować biegiem swojego życia, choć coraz bardziej tracę sterowność i dryfuję, starając się ominąć , co większe rafy, byle jeszcze trochę popłynąć.

Auto-nekrolog z przymrużeniem oka

Data śmierci: nieznana; miejsce zgonu: jeszcze nie ustalone; miejsce pochówku: tym bardziej…
Żegnamy Ryszarda, istotę rozumną (podobno), który opuścił świat bez zbędnych fanfar. Zniknął tak, jak żył — z lekkim wzruszeniem ramion, zostawiając po sobie ślady myśli, których nie chciał nikomu narzucać.
Nie zostawił testamentu, bo i co miałby zapisać: wątpliwości, cytaty z Montaigne’a i kolekcję niedokończonych notatek na marginesie życia? Żył w przekonaniu, że pytania są cenniejsze od odpowiedzi, a milczenie to najlepsza forma komentarza.
Nie wierzył w wieczność, ale miał nadzieję, że jeśli coś przetrwa, to może ironia. Rodzina (jeśli się przyznaje), znajomi (o ile jeszcze pamiętają), proszeni są o nieprzynoszenie kwiatów — wystarczy, że zabiorą ze sobą odrobinę krytycznego myślenia.
Niech przetrwa ironia — jeśli cokolwiek ma przetrwać.

Perspektywa na przyszłość

W wieku 96 lat Clint Eastwood rozbił nasze wygodne złudzenia dotyczące starzenia się, nie chcąc osładzać brutalnej prawdy.

W niedawnym przemówieniu wyjaśnił, jak ciało zmienia się z biegiem czasu. Kości stają się mniej elastyczne, ruchy wolniejsze, a jasne światło może drażnić oczy. Nawet oddychanie może wymagać większego wysiłku. A to był dopiero początek. Wniósł swój charakterystyczny upór do tematu, którego większość ludzi woli unikać. Nie wygłaszał pocieszających frazesów o tym, że lata starsze to czas niekończącego się spokoju. Zamiast tego namalował surowy, bezkompromisowy obraz tego, co dzieje się, gdy człowiek zbliża się do stu lat życia

„Światło razi w oczy, a nawet oddychanie może wydawać się ciężką pracą” – powiedział Eastwood, opisując ciągłe tarcie słabnącej fizycznej formy. „Twoje ciało po prostu nie współpracuje tak, jak kiedyś, a każdy krok wymaga strategii”. Jak jednak zauważył, strukturalny ubytek szkieletu i mięśni to zaledwie wierzchołek góry lodowej problemu.

Prawdziwy ciężar skrajnej starości jest emocjonalny i psychologiczny. Gdy przekroczysz dziewięćdziesiątkę, twoje otoczenie społeczne przechodzi głęboką i często bolesną transformację. Rozglądasz się i uświadamiasz sobie, że większość osób, które znały cię w młodości, z którymi dzieliłeś swoją historię, prywatne żarty i życiowe zmagania, zniknęła. Krąg znajomych twarzy kurczy się niemal do zera, telefon przestaje dzwonić, a tempo dni zwalnia do ślimaczego tempa. Najgorszą pigułką do przełknięcia nie jest ból fizyczny, ale nagła nieobecność kogoś, kto naprawdę chce cię wysłuchać.

Kiedy teraźniejszość staje się cicha i odizolowana, ludzki umysł naturalnie szuka schronienia w przeszłości. Eastwood wyjaśnił, że nawigowanie przez stare wspomnienia nie jest oznaką słabości psychicznej, ale istotnym poszukiwaniem ciągłości.

Dlatego starsi ludzie często powtarzają te same anegdoty, dodając drobne szczegóły i wciąż odwołując się do starych tematów. Nie próbują się chwalić ani dominować w rozmowie. Robią to, by zakotwiczyć się w rzeczywistości, w której byli aktywni, kochani i ważni. „Czujesz, że powtarzasz historie, dodajesz szczegóły, nie po to, by kogokolwiek przekonać, ale po prostu po to, by poczuć, że wciąż jesteś z czymś związany” – przyznał Eastwood. „Próbujesz przekazać coś młodszemu pokoleniu, nawet gdy widzisz nudę w ich oczach”.

Żyjemy w kulturze, która traktuje długowieczność jak trofeum, gratulując ludziom po prostu przetrwania, jednocześnie całkowicie ignorując przytłaczającą samotność, która temu przetrwaniu towarzyszy. Chwalimy to, co błyszczące, szybkie i hiper połączone, nie zostawiając absolutnie miejsca na powolny, powtarzalny rytm starych ludzi.